17.07.2008r. – 101. dzień wyprawy

Przebudzilem sie przed 6-ta i po chwili lezakowania wstalem i zajalem sie czyszczeniem roweru. Akurat przy wejsciu do hoteliku stala miska wody, wiec postanowilem ja zagospodarowac.

Przy okazji pojawily sie usterki do naprawy – guma w przednim kole (nie do zalatania zwykla latka, poniewaz dziura jest przy samej nalewce od wentyla, ale wystarczy dopompowywac powietrze co godzine), pekl spaw w tylnym bagazniku przy srodkowym slupku oraz zauwazylem duzu luz w tylnym kole.

Usterek nie udalo sie naprawic na miejscu. Dlatego tez po sniadaniu (herbata z mlekiem i dwie biale buleczki – sa tutaj wszedzie), przed 11-sta, ruszylem w droge z postanowieniem szybkiej naprawy usterek.

Po 2 km zauwazylem plac ze sprzetem, wiec ruszylem w poszukiwaniu spawarki. Nie mieli jej, chcieli zwiazac to grubym drutem, co i tak nie daloby wymaganego efektu. Ale kawalek dalej byla jakas budowa (chyba lotniska). Tam jednak spawacz byl kiepski, ale spaw chyba wytrzyma (przy okzaji zrobil dziure w bagazniku w miejscu, gdzie jest uchwyt sakwy).

Kiedy chcialem ruszac, byla akurat 12.00, czyli przerwa na obiad i drzemke. Skorzystakem z okazji i udalkem sie do polowej kuchni po przegotowana wode. Udalo sie, a na dodatek zaopiekowal sie mna sam szef – zaprosil do siebie na solidny obiad, pozniej udostepnil prysznic, a na koniec zaproponowal, zebym sobie tez troche pospal. Ja jednak wiedzialem, ze za ok. 30 km bedzie jakas miejscowosc, wiec moze i jakis solidny wulkanizator sie znajdzie, wiec ruszylem w droge.

Zamiast zakladu wulkanizacyjnego zastalem raptem kilkanascie budynkow (w tym milicyjny) i grupe budowlana.

Trzy razy budowlancy kleili latkami „na zimno”, jednak bezskutecznie. Natomiast nakarmili mnie tak solidnie, ze do konca dnia nie chcialo mi sie jesc. Rowniez namawiali mnie, abym sobie polezal. Jednak sami ok. 16.30 ruszyli do pracy, wiec i ja ruszylem w droge.

A ze przez caly dzien mialem silny, boczny wiatr, a droga prowadzila jakby pod gore, wiec sie troche napracowalem. Odwiedzajac po drodze dwa sklepy, zauwazylem dosc dziwne ceny. W pierwszym sklepie woda 1,5l kosztowala 8Y, a w drugim Pepsi 1,25l kosztowala 5Y.
Jeszcze przed 20-sta zaszlo slonce, wiec kiedy kilkadziesiat minut pozniej dotarlem do zabudowan na horyzoncie (111 km od granicy wg. slupkow kilometrowych), od razu sie do nich udalem. Trafilem na nastawnie kolejowa, gdzie bylo trzech kolejarzy w mundurach i jedna kobieta.

Poczestowali mnie woda i malym piwem (jesc nie chcialem), ale przenocowac nie chcieli. Ale jeden z nich zaprowadzil mnie 300 m dalej do biurowca kolejowego, gdzie byla bardzo wygodna lawa (szerokosc karimaty) oraz sanitariaty, z ktorych moglem skorzystac.

dystans dnia – 88.75 km

LEAVE A COMMENT