Antarktyda – kraina śniegu i pingwinów

A na Plaży Copacabana w Rio de Janeiro…
Przygotowując się do wyjazdu do Ameryki Południowej, a szczególnie zagłębiając się w miejsca, gdzie można spotkać wolno żyjące pingwiny, natrafiłem na ofertę rejsu na Antarktydę. W wolnym czasie zacząłem jesienią zgłębiać ten temat jako opcję wyprawy na przyszłość… I zapewne na tym by się skończyło, gdybym na początku grudnia w pracy nie usłyszał, że do końca marca muszę jeszcze dodatkowo wykorzystać 10 dni urlopu – a wiadomo, nie zmarnuję go na siedzenie w domu! Od razu po powrocie do domu uruchomiłem bazę ze zebranymi kontaktami wypraw na Antarktydę, wysłałem z 10 maili z zapytaniem i po 3 dniach miałem jasność – 26 marca mam 10-dniowy rejs na Antarktydę z Ushuaia ale wykupiony w Australii, statek pływa pod banderą Togo a załoga pochodziła z kliku kontynentów. Pozostało jeszcze zakupić bilety lotnicze a ze względu na fakt, że w Ameryce Południowej lepiej nie mieć zapas czasowy a ja chciałem coś jeszcze zobaczyć, postanawiam 21 marca polecieć do Rio de Janeiro a stamtąd po dwóch dobach udać się do Ushuaia. A w drodze powrotnej zostawiam sobie dzień na pobyt w Rio de Janeiro (chyba ze względu na Święta Wielkanocne bilet z Ushuaia do Rio de Janeiro przez Buenos Aires był w tej samej cenie co bilet na lot z Ushuaia do Buenos Aires). 18 stycznia wróciłem z Ameryki Południowej i po 9 tygodniach pobytu w kraju, 20 marca wylatuję do Ameryki Południowej, aby stamtąd udać się na Antarktydę. Trudno było wysiedzieć ten czas.

Ulica w Rio de Janeiro

Statua Chrystusa w Rio de Janeiro widziana jest także z plaży
Loty Gdańsk – Amsterdam – Rio de Janeiro mijają szybko ale na miejscu okazało się, że mój bagaż rejestrowany nie przyleciał (został dostarczony do hotelu następnego dnia późnym wieczorem). Trochę to utrudniło pobyt ale nie przejmuję się. Personel hostelu Villa 25 okazał się bardzo pomocny i dzięki niemu miałem kilka informacji, jak praktycznie i nie przepłacając zobaczyć miasto. Spokojnie więc idę na niedzielną Mszę Św. do polskiego kościoła (akurat trafiłem po portugalsku ale dowiedziałem się, że o 10.30 w Niedzielę Wielkanocną będzie po polsku). Po niej przechodzę przez plażę Botafogo (nie było na niej zbyt wiele ludzi a całkiem ładne widoki były) i docieram do Głowy Cukru, na którą wjeżdża się kolejką linową – bardzo fajne widoki, być może najlepsze w Rio de Janeiro. Jest bardzo ciepło, więc następnym punktem jest Copacabana – najpopularniejsza i chyba najbardziej oblegana plaża. Nie mam kąpielówek ale po kolana wchodzę do ciepłej wody Oceanu Atlantyckiego. A później siadam na leżaku pod parasolem z drinkiem Calpirinia (tradycyjny drink na bazie rumu, z dodatkiem limonki i cukru trzcinowego) – smakuje rewelacyjnie ale rozmach to mają – mały to 0,5l, średni – 0,7l a duży to 1 litr! Po relaksie na plaży wracam do hostelu, aby udać się zorganizowanym transportem na Górę Corcovado, aby zobaczyć z bliska pomnik Chrystusa Zbawiciela – bodajże największy symbol Rio de Janeiro. O ile w mieście świeciło słońce to przy pomniku była mgła. Ale i tak robi wrażenie.

Widok z Głowy Cukrowej

Rio de Janeiro widziane z Głowy Cukru

Figura Chrystusa Zbawiciela widziana z bliska

Legendarny stadion Maracana widziany sprzed pomnika Chrystusa
Kolejny dzień przeznaczam na zwiedzanie. Zaczynam od okazałej Katedry Igreja de Nossa Senhora da Candelária i pięknie zdobionego klasztoru São Bento. Następnie docieram na Plac 15 Listopada – tutaj 15.11.1989 roku Brazylia ogłosiła swoją Niepodległość. Wchodzę do położonego na wzgórzu (Całe Rio de Janeiro jest pofałdowane) ładnego kościoła Św. Franciszka a następnie zachodzę do Katedry Metropolitarnej – współczesna, stożkowa, betonowa świątynia ale nic szczególnego. Za świątynią jest Akwedukt Arcos da Lapa a kawałek dalej zaczynają się schody Selarón – 215 stopni wyłożonych kolorowymi kafelkami prowadzącymi z Lapy do Santa Teresy. Tutaj trafiam na tłumy turystów, trudno znaleźć przestrzeń do zrobienia zdjęcia.

Katedra Igreja de Nossa Senhora da Candelária

Wnętrze Kościoła przy klasztorze São Bento

Współczesna zabudowa Rio de Janeiro

Katedra Metropolitarna w Rio de Janeiro

Wnętrze Katedry Metropolitarnej

Akwedukt Arcos da Lapa

Schody Selarón

Schody Selarón prowadzą z dzielnicy Lapa do Santa Teresa

Mural w Rio de Janeiro
Po przerwie na lody idę zobaczyć jeszcze Theatro Municipal (Teatr Narodowy), przepiękny budynek z 1909 roku zaprojektowany na styl francuski i otaczające go kamienice a następnie idę zobaczyć jeden z najstarszych kościołów w Rio de Janeiro – Igreja de Nossa Senhora do Bonsucesso. Na tym kończę zwiedzanie i pieszo wracam w okolice przystanku metra Largo de Machado, gdzie jest mój hostel. W barze jem obiad za 38 reali i jadę metrem do stacji São Conrado/Rocinha.

Niektóre budynki w Rio de Janeiro są pomalowane przez artystów

Przed stacją metra Rocinha
O 14-stej jestem umówiony z Carlosem, mieszkańcem największej w Rio de Janeiro Faveli Rocinha. Po mnie docierają Koreańczyk i Japończyk. W czwórkę na mototaxi wjeżdżamy na sam szczyt faveli (niezapomniane wrażenia). Dalej idziemy kawałek aż wchodzimy na dach jednego z domów, który jest jednocześnie tarasem innego. Stamtąd był niesamowity widok praktycznie na całą Favelę. Tam spędzamy ponad godzinę, mogąc rozmawiać z miejscowymi. Następnie krętymi uliczkami, bądź przeciskając się pomiędzy budynkami schodzimy w dół, a przy okazji możemy zobaczyć jak żyją miejscowi. Nie jest to może luksus ale z drugiej strony widziałem miejsca zdecydowanie gorsze – Brazylia mocno się rozwija i poziom życia nawet tutaj się podnosi.

Życie w faveli w Rio de Janeiro

Motor to podstawowy środek transportu w favelach

Favela Rocinha w Rio de Janeiro

Favela Rocinha widziana z jednego z górnych tarasów


Po wizycie w Faveli Rocinha jadę metrem kilka przystanków do plaży Ipanema, obok której jest głowa Marszałka Józefa Piłsudskiego. Na plaży spędzam niespełna godzinę i metrem wracam do siebie. Mam czas na kolację i kawę na deser. Po 20-stej ruszam komunikacją publiczną na lotnisko skąd o 1-ej mam lot z przesiadką do Ushuaia.

Pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego w Rio de Janeiro

Plaża Ipanema przed zachodem słońca

Na plaży w Rio de Janeiro
Mam ponad dwie doby pobytu w Ushuaia. Sporo czasu ale ponieważ byłem już wcześniej, nie wiele mam atrakcji, które mnie interesują a iść na lodowiec przed wizytą na Antarktydzie (krainą śniegu i lodu) nie chce mi się. Ale na 100% chcę przejechać się koleją końca świata (Fin del Mundo), więc w południe idę na spacer po mieście a przy okazji wykupuję bilety na busa do Parku Narodowego i bilet na pociąg. Na to przeznaczam całą środę – o 9-ej jadę busem sprzed Informacji Turystycznej do Parku a tam mam godzinną przejażdżkę koleją Fin del Mundo. Wagony ogrzewane a wokoło całkiem sporo śniegu – nad ranem intensywnie padało (czuć nadchodzącą tam zimę). Po wyjściu okazuje się, że mogę zaraz lub o 16-ej wrócić pociągiem. Mam dużo czasu, więc idę na około 12 km trekking po parku. Jestem sam ale oprócz mnie idzie kilka osób, więc jest całkiem fajnie. Połowa trasy jest nad zatoką a reszta przez lasy – było trochę błotnisto ale bardzo fajnie. No i nieczuło się wiatru (tam wszędzie wieje). Na końcu trasy okazało się, że nie mam obecnie transportu a czekać mi się nie chciało, więc z 9 km do stacji pokonuję pieszo i autostopem. Docieram przed czasem, a pociąg się opóźnia, pada śnieg. Zrobiło się wręcz świątecznie! Pociągiem wracam do stacji początkowej a następnie Uberem do spółki z poznanymi Niemcami docieram do Ushuaia. Tutaj świeciło słońce i było wietrznie. Na kolację udaję się na moje ulubione empanades.

Usuhaia w Argentynie to najbardziej na Południe wysunięte miasto na świecie

Ushuaia zostało zbudowane przez więźniów w XIX wieku

Pociąg końca świata

Park Narodowy w Ushuaia

Trekking w Parku Narodowym
Ostatnie godziny pobytu na końcu świata (tak mówią o Ushuaia, najdalej wysuniętym mieście na południe na świecie) spędzam na dyskusji w hostelu a następnie na spacerze po mieście. Na bulwarze poznaję Daniego z Chin – okazuje się, że płyniemy tym samym statkiem. Kupuję kubek termiczny, na obiad jem empanades i po 15-ej ruszam z hostelu do portu. Tam stały dwa statki, które płynęły na Antarktydę – mój stał na końcu pirsu. Od razu wpuszczono na pokład i pokazano mi moją kajutę. Moim kompanem był Chris z USA. Od Martina, szefa wycieczki, dowiaduję się, że na statku będzie 91 pasażerów (max 93) i 43 członków załogi. O 17-ej oficjalne powitanie szampanem i tortem. Pół godziny później statek rusza a my mamy ćwiczenia z ewakuacji. Po nich przedstawiają plan rejsu a o 20-ej oficjalna kolacja. W miedzy czasie poznaję 5 osób z Ukrainy, które od teraz będą moimi nieodłącznymi towarzyszami podróży. Przed snem Pani Doktor rozdaje tabletki przeciw chorobie morskiej – dużo osób je od razu połyka, ja biorę jedną awaryjnie do kieszeni.

Ostatnie chwile przed wejściem na statek

Tort powitalny na statku
Następnego dnia na śniadaniu pojawiło się może 50% pasażerów a i wielu z nich od razu musiało skorzystać z woreczka! Na ten widok postanowiłem skorzystać z awaryjnej tabletki (i cały dzień było Ok). Sztorm na morzu był duży – płynęliśmy przez Cieśninę Drake. Fale były bardzo duże i statkiem mocno kołysało. W ciągu dnia puszczono tylko godzinny film o życiu na Arktyce i Antarktydzie. A tak był czas wolny. Kolejnego dnia do południa również się nic nie działo. Dopiero po południu, kiedy fale zrobiły się mniejsze, poinformowano nas, że po 17-ej będzie możliwość do pierwszego zejścia na ląd. Na statku poruszenie, wszyscy nie mogą doczekać się tej chwili. Już półgodziny wcześniej wszyscy stoją ubrani i czekają w rzędach po 10 osób na hasło, że można wchodzić to pontonowej łodzi z silnikiem (nazywają je zodiakami), która zawiezie do brzegu. Tam w butach gumowych (jak ktoś nie ma to dają) trzeba było wejść do wody po kostki i wyjść na brzeg – wszędzie śnieg i pingwiny!

Spotkanie z Antarktydą

Na początek pingwiny

I Lwy Morskie
Nocą statek przemieścił się w kolejne miejsce abyśmy mogli po śniadaniu po raz kolejny zejść na ląd. Akurat nad ranem padał śnieg (w tym czasie bardzo dużo było widocznych humbaków), więc schodziliśmy na śnieżnobiały ląd w Portal Point, gdzie jeszcze pingwiny nie zdążyły nabrudzić. Chmury odeszły, wyszło słońce i pojawiły się wspaniałe widoki.

Poranek na Antarktydzie

Wody Antarktydy

Pływająca kra

Kibicem jest się wszędzie – dzisiaj gramy z Ukrainą
Po dwóch godzinach wracamy na statek, który popłynął w inne miejsce, abyśmy po południu mogli wylądować na Eckner Point. Bardzo małe, ale malowniczo położone miejsce. Wszędzie pełno pingwinów i trochę lwów morskich. No i albatrosów…

Lądowanie na Eckner Point

Spacer po Antarktydzie

Ludzie pingwinom nie przeszkadzają

Antarktyda widziana ze statku

Wieczorami na statku także czasami pojawiały się pingwiny… 🙂
Trzeciego dnia towarzyszyła nam bardzo kiepska pogoda. Byliśmy w dwóch zatokach, po których pływaliśmy łodziami przez godzinę bez schodzenia na ląd. Z nich podziwialiśmy skały lodowo-śnieżne, które co chwilę pękały (huk jak od wybuchu granatu) i wpadały do Oceanu Antarktycznego. No i towarzyszyły nam całe stada humbaków, które co chwilę wypływały na powierzchnię wody a zanurzając potrafiły pomachać szerokim na metr ogonem! Było też sporo fok i lwów morskich. O pingwinach nie wspominam, są one tutaj jak śnieg, czyli wszędzie!

Na Zodiakach (gumowe łodzie z silnikiem) przemierzaliśmy płytkie rejony Antarktydy

Kra wielokrotnie utrudniała drogę Zodiakom

Wspaniałe widoki

Humbak zanurza się w głębiny Antarktydy…

I na pożegnanie macha ogonem…

Nasz statek na wodach Antarktydy

Foki też były…

I jeszcze jedna ciekawska foka…

Obowiązkowa dezynfekcja obuwia przed zejściem na ląd i po powrocie
Czwartego dnia rano możemy zejść na ląd w mżawce Neko Harbour. Niewielkie miejsce a tysiące pingwinów, w których odchodach brodzimy. Zapach gorszy niż w kurniku. Tutaj zaraz będzie zima a pingwiny już budują gniazda na wiosnę! Po godzinie wracam na statek, gdzie myjkami ciśnieniowymi myto nasze gumowe buty.

Pingwiny, statek i albatros

Pingwiny są ciekawskie i same przychodzą

Ale nie koniecznie chętnie pozują do zdjęć

Młode jeszcze nie zdążyły zmienić futra przed nadchodzącą zimą
Po południu na chwilę pojawiło się jeszcze Arktyczne lato i w ciepłych promieniach słonecznych lądujemy na Brown Station, gdzie kiedyś była argentyńska baza polarna – teraz są tylko pozamykane budynki.

Brown Station

Pozostałość po Argentyńskiej Stacji Badawczej

Walczymy o wolność dla obrońców Azovstalu

Słoneczne popołudnie na Antarktydzie

Słoneczna Antarktyda tuż przed nadejściem zimy
Ostatniego dnia pobytu na Antarktydzie budzę się już po 4-ej. Statkiem mocno kołysało, po 7-ej statek pokonuje wąskie gardło najeżone skałami. Wpływamy w zatokę, która kiedyś była wulkanem. Ale kiedyś był tak silny wybuch i erupcja, że został przerwany pierścień otaczającego go wzniesienia, został zalany i teraz mogą do środka wpływać statki. W zatoce przestało kołysać statkiem ale wiał niesamowicie silny wiatr i co chwilę sypał śnieg – zbliżała się arktyczna zima. Na ląd schodzimy w Deception Island – do lat 70-tych była tu brytyjska stacja polarna a teraz są po nich rozwalające się budynki, kontenery i zbiorniki. Miejsce to szczególnie upodobały sobie lwy morskie. Po półtorej godzinie w tej wichurze i chłodzie (było na minusie) chętnie wracam do ciepłej łodzi.

Nie wiele pozostało po kraterze wulkanu

za to sporo po dawnej stacji brytyjskiej

Tutaj zastała nas arktyczna zima – wiał wiatr i trochę śnieżyło

Ale Lwom Morskim to nie przeszkadzało…
W czasie przerwy obiadowej statek nie wiele się przemieścił, nadal byliśmy w bardzo dużej zatoce po wulkanie. A na nas czekała ostatnia atrakcja rejsu – morsowanie! Przed zejściem przekazano nam, że temperatura wynosi -3ºC a wiatr wieje z prędkością 20 km/h w porywach do 35 km/h. Na ląd mogą zejść wszyscy ale pierwszeństwo do powrotu mają osoby, które zanurzą się w Oceanie Antarktycznym. Chętnych jest ponad 50% ale część rezygnuje na miejscu. Tak zrobił m.in. Chińczyk Dani, więc miałem kogo poprosić o zrobienie zdjęć – w 5 minut zrobił ich ok. 50! Przy silnym wietrze i śniegu trochę się rozgrzewam (jestem trochę przeziębiony) a następnie wchodzę do wody po kolana aby zrobić zdjęcie w koszulce z logo „Bizzit”. Wracam na brzeg (płytkie wejście) oddać zdjąć koszulkę i ponownie wchodzę do wody, aby zanurzyć się w niej po szyję! Jest lodowata, wręcz gęsta! Po wyjściu szybkie wytarcie, zakładam koszulkę, golf i kurtkę a na mokre spodenki spodnie przeciwdeszczowe – zimno jest w nich na rowerze jesienią. Niestety zodiaki mi nie dopasowały – jestem drugi dopiero, jeszcze minimum 6 osób musi być do powrotu. Ale nie jest zimno a patrząc na dziewczyny, które wchodziły do wody to nawet było ciepło! 🙂 🙂 🙂

Na początek wchodzę w koszulce Bizzit…

A później przyszedł czas na pełne zanurzenie!

Pierwsze w życiu morsowanie zaliczone!
Po powrocie gorący prysznic i drink na pokładzie. Wówczas przekazano nam korektę pogody – temperatura wynosiła -6ºC (odczuwalna -16ºC) a wiatr wiał z prędkością 35 km/h w porywach do 60 km/h! Przez resztę dnia i wieczór energia mnie rozpiera i jest ciepło. Ostatnie zdjęcie na Antarktydzie robię na zewnątrz łodzi stojąc na krótki rękaw w śniegu – jest ciepło!

Ostatnie zdjęcie na Antarktydzie – śnieg pojawił się już na statku

Pozostało jeszcze pokonać trudne wody Antarktydy i Cieśniny Drake
Kolejne 45 godzin to powrót przez Cieśninę Drake z jeszcze większym sztormem a co za tym idzie jeszcze większą falą, której wody zalewały okna kajut. Na pokładzie było co najwyżej 50% pasażerów. Dopiero kiedy popołudniu 9 dnia rejsu statek wpłynął do Kanału Beagle i stanął na kotwicy, wszystko wróciło do normy. Obsługa pokazała nam filmik wykonany ze zdjęć zrobionych podczas rejsu a następnie wręczono pamiątkowe dyplomy. O 20-ej była pożegnalna kolacja.

Na koniec wręczono nam pamiątkowe certyfikaty potwierdzające pobyt na Antarktydzie
Ostatniego dnia o 7-ej mamy śniadanie a godzinę później żegnamy się z załogą i schodzimy na ląd w Ushuaia. Po wyjściu z Portu żegnam moich Ukraińskich przyjaciół i Uberem jadę na lotnisko. Cały dzień tracę na przeloty Ushuaia – Buenos Aires – Rio de Janeiro.

Z moimi Ukraińskimi przyjaciółmi…
Niedziela Wielkanocna. Przed 7-mą schodzę na śniadanie ale najpierw rozsyłam życzenia świąteczne (w pokoju był problem z internetu). Po smacznym posiłku zostawiam bagaż i jadę metrem zobaczyć legendarną Maracanę. Niesamowite miejsce, chociaż już przebudowana. Następnie polska Msza Św. i kawa w polskim kościele.

Wejście na murawę

Jestem na Stadionie Maracana

Maracana gościła uczestników Mistrzostw Świata w 2014 roku

Polski Kościół w Rio de Janeiro
A popołudnie spędzam na Copacabanie. Najpierw zażywam kąpieli i spaceruję po niej a na koniec siadam na leżaku pod parasolem z drinkiem Calpirinii w dłoni.

Tuż przy Copacabanie stoją wieżowce

Wielkanoc na plaży Copacabana
Tak zakończyła się moja kolejna przygoda (o 22-iej miałem lot do Amsterdamu a później do Gdańska). W dwa tygodnie byłem na 3 kontynentach, w różnych strefach klimatycznych i trzech porach roku…

Maskotka Mistrzostw Świata w piłce nożnej Brazylia 2014

No i wakacje sobie poszły





















