Samotny maraton rowerowy z Gdańska do Niemenczyna
Od kilkunastu lat po głowie chodził mi pomysł pokonania trasy z Gdańska do Niemenczyna (bądź w odwrotnym kierunku) „na raz”. Temat od czasu do czasu powracał aż w połowie marca tego roku doszedłem do wniosku, że jak nie teraz to kiedy? Od powrotu z Antarktydy miałem teoretycznie dwa miesiące, aby praktycznie od zera wejść na poziom pozwalający na przejazd prawie 600 km. O ile w kwietniu nie wiele jeździłem to w „majówkę” pierwsze dwa dni przejechałem się pagórkowatą drogą po 200 km a trzeciego dnia już bardziej płaską drogą 125 km. Organizm doznał lekkiego szoku i musiałem trochę zwolnić ale dwa tygodnie później pojechałem do Pieniężna, czyli pierwsze 122 km planowanej trasy. Razem z drogą powrotną wyszło 244 km i ponad 1000 m przewyższenia. A kolejnego dnia było ponad 160 km, aby nie było zbyt łatwo. Lewe kolano trochę się „odzywało”, więc tydzień później przejechałem już tylko 137 km a później już tylko dwie pięćdziesiątki. No i trochę drobnych kręceń po mieście. Aby nie doszło do skurczy prawie codziennie się rozciągałem i 3 razy byłem na masażu sportowym. W między czasie rozglądałem się za jakimś towarzystwem na choćby fragment drogi i za kimś, kto za mną ruszy samochodem. Nie udało się – „taki kawał samochodem jest zbyt męczący” usłyszałem. Do tego prognozy pogody nie były łaskawe…

Startuję jeszcze przed świtem sprzed Gdańskiego Neptuna
Ostatecznie ruszam z domu 4 czerwca 2026 roku (Boże Ciało) już o 3.00 – liczę, że tak wczesny wyjazd pozwoli uniknąć mi opadów deszczu, przed którym uciekam. Po drodze zajeżdżam na ulicę Długą, aby zrobić pamiątkowe zdjęcie przed fontanną Neptuna. Jest ciepły poranek i jedzie się dobrze pomimo niewielkiego wiatru z boku. Idealnie o 8.00 mijam kościół, w którym rozpoczyna się Msza Święta – nie rezygnuję z takiej okazji. Po niespełna 45 min. przerwie jadę kilkanaście km do Pieniężna, gdzie na stacji benzynowej mam pierwszą przerwę na jedzenie i ładowanie baterii. Tam od miejscowych dowiaduję się, że termometry pokazują raptem 14℃! Punktualnie o 10.00 ruszam dalej w mżawce i przy lekkim wiaterku zachodzącym od przodu. 50 km do Bartoszyc mija bardzo szybko. Tam na stacji poznaję rowerzystę z Estonii, który jedzie z Tallina do Paryża. Chwilę z nim rozmawiam i ruszam dalej – niestety deszcz staje się dość dokuczliwy a temperatura minimalnie tylko wzrosła. Na dodatek od zjazdu na Korsze walczę z przednim wiatrem. W Korszach na chwilę przestało padać, więc jadąc ścieżką rowerową zjadam dwie bułki. Niestety ale po chwili się rozpadało i do Węgorzewa docieram kompletnie przemoczony – mam dopiero 245 km na liczniku i perspektywę dwugodzinnego deszczu. Z tego powodu przerwę wydłużam do 1,5 godziny i dopiero o 17.30 ruszam dalej po mokrej drodze ale już bez opadów. Wiem już, że czas przejazdu będzie kiepski – nie czuję się zmęczony ale nie mam siły pod pedałować pod górę a hopek jest co nie miara. Przed 22 docieram do Suwałk – tutaj jest sucho i jakby zrobiło się cieplej. Nie zatrzymuję się tylko jadę dalej. Przez roboty drogowe trochę muszę objeżdżać ale udaje mi się wyjechać na drogę w kierunku Sejn, która przez prawie 10 km była w większości oświetlona! Kiedy te dobroci się skończyły okazało się, że mam „gumę” w tylnym kole. Koło przyszło robić przy „czołówce”. W środku opony nic nie znalazłem więc tylko zmieniłem dętkę i jadę dalej. W Sejnach jestem przed północą, wszystkie stacje są pozamykane. Jem kilka ciastem, podłączam licznik rowerowy do powerbanku i jadę ok. 13 km na stację benzynową po stronie litewskiej.

Litewskie pola o poranku

Troki – zamek na wyspie
Granicę przekroczyłem już po północy czasu polskiego czyli po 1-ej czasu litewskiego. Ze względu na prognozy pogody (znowu deszcz), na stacji benzynowej spędzam ok. półtorej godziny. Ale udało mi się kupić kibiny litewskie! Po przerwie jedzie się dobrze chociaż droga za Łoździejami (Lazdijaj) była dalej pagórkowata. Za Sereje jadę po zalanych drogach – widocznie tuż przede mną szła ulewa. Przed 6-stą jestem w Olicie (Alytus), gdzie dopompowuję powietrze w tylnym kole i jadę w kierunku Rudziszek. Poranek był zimny i jechałem głównie pod wiatr a kiedy już przestał wiatr, złapałem drugą „gumę” w tylnym kole. Nie mam drugiej dętki, więc muszę łatać. Przy okazji sprawdzam oponę – od środka nic nie czuję ale z zewnątrz w całkiem innym miejscu znalazłem kamyk wbity w oponę – kiedy go wyjąłem ukazało się całkiem spore uszkodzenie opony, więc od środka naklejam łatkę wulkanizacyjną. Daleko nie ujechałem kiedy w pięknym słońcu i przy bezwietrznej pogodzie przyszło mi robić kolejną gumę. Stamtąd miałem już 7 km do Pivašiūnų, w którym nie było ani stacji benzynowej ani zakładu wulkanizacyjnego (stacja benzynowa była dopiero w granicach Wilna). Mam trochę mało powietrza ale jedzie się dobrze, kilometr za kilometrem zbliżam się do celu a piękne słońce pomaga. Jem ciastka w czasie jazdy aby nie tracić czasu tym bardziej, że zapowiadają kolejne deszcze. W Rudziszkach szukam zapasowej dętki ale nie udaje się.

Docieram do Wilna
Wjeżdżając do Wilna na stacji benzynowej dopompowuję powietrze i jadę w kierunku Cmentarz na Rossie. Bo drodze dopadła mnie mżawka i bardzo strome podjazdy do 16%! Na miejscu chwila zadumy i pamiątkowe zdjęcie, a następnie jadę niespełna 2 km do Ostrej Bramy. Przez otwarte okno mogę pokłonić się Matce Boskiej Ostrobramskiej. Stąd mam w „dół” przed Bazylikę Archikatedralną Św. Stanisława Biskupa i Św. Władysława.

Przed Cmentarzem Na Rossie w Wilnie

Udaje się dotrzeć do Matki Boskiej Ostrobramskiej – największego miejsca kultu religijnego na Litwie

Archikatedra w Wilnie
Po chwili oddechu ruszam na ostatni odcinek – 23 km do celu. Początkowo jadę ścieżką rowerową wzdłuż rzeki Wilia a następnie wzdłuż głównej drogi. Przy jedynym ok. 500 m odcinku jazdy po chodniku trafiam na sklep rowerowy, gdzie kupuję zapasową dętkę. Dalej jadę już piękną ścieżką rowerową do Niemenczyna, do którego docieram ok. 14.30. Pokonałem 565 km ze średnią 21,4 km/h i było 3203 m przewyższeń.

Dom Kultury w Niemenczynie
Od razu idę pod prysznic. Po nim rzeczy pakuję do pralki a sam idę zdrzemnąć się ok. 2,5 godziny. Mam półtora dnia, aby nacieszyć się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Nie ma czasu na spanie – w dwie noce spałem ok. 15 godzin i w niedzielny poranek popedałowałem 27 km na dworzec autobusowy. Jechało się rewelacyjnie – do Archikatedry jechałem niespełna godzinę, więc później miałem czas na delektowanie się Wilnem. Autobusem rejsowym wracam do Gdańska, skąd mam niespełna 5 km do domu. Tak udało się zrealizować kolejny pomysł.

Pożegnianie z Matką Boską Ostrobramską i z Wileńszczyzną – czas wracać do domu





















