Maltański weekend

            Po powrocie z wakacyjnej wyprawy rowerowej przez Alpy, ktoś zapytał się mnie – ile państw już odwiedziłem. Po chwili liczenia odpowiedziałem – 55 na 3 kontynentach, ale to nie koniec! Niektórzy nazywają mnie kolekcjonerem kolejnych państw, ale ja idę za głosem koleżanki Ani Budzisz (poznaliśmy się przed dworcem białoruskim w Moskwie), że świat jest zbyt piękny, aby ciągle jeździć w to samo miejsce. A bodźcem do kolejnej podróży była jednodniowa, majowa promocja jednej z tanich linii lotniczych – co drugi bilet za darmo. I tak tuż przed północą, po długiej dyskusji z Jolą, decydujemy się na Maltę – za przelot w obydwie strony z jedną walizką i małymi plecakami, płacimy po 505 zł. Szału nie ma, ale znacznie taniej niż wcześniejsze stawki. Tylko z terminem był problem – ja mogę brać wolne w pracy bez komplikacji tylko w drugiej połowie miesiąca, a Jola tylko co drugi miesiąc. I tak ostatecznie decydujemy się na przedłużony weekend 28 – 31 sierpnia. Do tego Jola znalazła przez internet 3 noclegi w pokoju dwuosobowym z aneksem kuchennym (wyposażonym) i łazienką po 60 euro od osoby – właściwie odpowiednik „kawalerki”.

 

            Wylot był w piątek o 17, więc spakowany pojechałem do pracy, a stamtąd bezpośrednio na lotnisko w Gdańsk – Rębiechowo. W drodze spotykamy się z Jolą. Szybka odprawa, a po niej prawie 3 godziny spokojnego lotu. Kiedy wysiadaliśmy z samolotu na maltańskim lotnisku, uderzyło w nas gorące i duszne powietrze, a było już ciemno. Stamtąd bezpośrednim autobusem jedziemy na północno-zachodni kraniec wyspy, gdzie nad zatoką znajduje się nasz nocleg. Miejsce jest fajne, obok przystanków autobusowych. Mamy 3 dni na zwiedzanie. Pierwszy dzień przeznaczamy na drugą maltańską wyspę Gozo. Płynie się na nią promem, za który płaci się 4,65 euro, ale tylko w drodze powrotnej – kto na nią popłynie i tak będzie musiał kiedyś wrócić. Wyspa jest niesamowita. Mała, ale ma swój urok. Jej stolica, Victoria, jest usytuowana na wzgórzu, w centrum wyspy. Tam znajduje się odrestaurowany zamek, w którego centrum znajduje się bardzo ładna Katedra. Za nią jest taras widokowy na prawie połowę wyspy. Jeszcze Victorii udaje się nam kupić kartę biletową na okaziciela za 21 euro, z którą przez tydzień można jeździć bez limitu wszystkimi autobusami na Malcie. I od razu zaczynamy jeżdżenie po Gozo. Widzieliśmy kilka ładnych miejsc, ale zdecydowanie najbardziej przypadła nam do gustu Dwerja Coast – klify, groty i różne dziwy przyrody bardzo się nam spodobały. A kiedy wracaliśmy promem na główną wyspę, w blaskach zachodzącego słońca mogliśmy podziwiać wysepkę Como, na której obecnie podobno mieszkają raptem 4 osoby.

 

            W niedzielę jedziemy do stolicy – Valletty. Już z daleka widoczne były imponujące mury obronne starego miasta. Na jego granicy jest pętla autobusowa. Idąc przez starówkę podziwialiśmy wspaniałą zabudową, która jest mieszanką kultury arabskiej i europejskiej. Wśród wielu zabytków największe wrażenie zrobiła na nas Katedra Św. Jana, jedna z najładniejszych świątyni jakich widziałem. Na tyle przypadła nam do gustu, że wracamy tutaj na Mszę Św. Tutaj też po raz pierwszy z życiu jem kaktusa! A po zwiedzaniu przyszedł czas na plażowanie – najpierw ponad godzinę opalaliśmy się i kąpaliśmy w Morzu Śródziemnym na kamienistej plaży (większość jest tutaj taka) w Bugibbie, a następnie przenieśliśmy się na piaszczystą plażę w Golden Bay. Tutaj obserwujemy zachód piękny zachód słońca, a następnie obserwujemy duży księżyc wygrzewając się na piasku! Pomimo zmroku, było bardzo ciepło nawet na plaży!


            Ostatniego dnia niestety musimy się przemieszczać z naszym bagażem, co w temperaturze powyżej 40°C daje się odczuć. Na szczęście autobusy są klimatyzowane. Na przedpołudnie mamy zaplanowaną Mdinę, miasto leżące na szczycie wzgórza, które otaczają średniowieczne fortyfikacje. Twierdza już z daleka prezentowała się bardzo okazale. Nie jest to duże miasto, ale zamieszkałe! Historyczne mury i wysokie budynki pomiędzy wąskimi uliczkami dają pożądany cień. Pięknie się prezentuje. Nie trzeba nawet nigdzie wchodzić, wystarczy się przespacerować. Za główną bramą wejściową, jest miasteczko Rabat, które stanowi przedmieście Mdiny. W czasach rzymskich nawet to było jedno miasto, ale później arabowie wykopali fosę, aby było łatwiej się bronić. Tam, po kolejnym spacerze wąskimi uliczkami, fundujemy sobie obiad w lokalnej restauracyjce. Na Malcie pomiędzy 12 a 15 prawie całkowicie zamiera ruch – sjesta. Jest cicho i spokojnie, niemalże jak na bezludnej wyspie. Po południu zamierzamy zrobić sobie przejażdżkę autobusem po południowej części wyspy. Ale po 15 minutach jazdy zauważamy piękny klif, więc wysiadamy, aby nad nim spędzić chwilę. A ponieważ mamy butelkę wina, czas się przedłuża. Nie spieszy się nam – to już ostatnie chwile tych gorących wakacji (codziennie było powyżej 40°C). Na lotnisku byliśmy przed czasem. Zdążyliśmy na ławeczce zjeść kolację. A kiedy kończyliśmy zauważyłem na pobliskich przystankach autobusowych grupki turystów – od razu zasugerowałem Joli, że można odsprzedać nasze karty biletowe. Moja towarzyszka się nie zastanawiała i po chwili mieliśmy w kieszeniach po 10 euro!

            Malta jest gorąca i skalista, ale ma swój urok. Wyspy, o które wielu walczyło i były w posiadaniu kilku państw, są fajnym miejscem na odpoczynek. Tutaj znajdziemy zabytki, plaże oraz pagórkowate trasy trekkingowe. A wszystko na powierzchni nieco większej od Warszawy. Ale jak to u mnie bywa, już mam pomysły na kolejne wyprawy. Nie tylko w Europie, ale i na nowe kontynenty. Niektóre z rowerem, a inne z plecakiem.