Kolej transsyberyjska

Kolej transsyberyjska czyli tydzień podróży jednym pociągiem!

Jednym z podstawowych celów mojej podróży był powrót legendarną koleją transsyberyjską relacji Władywostok – Moskwa, czyli prawie 9300 km pociągiem w 7 dni. Temu został podporządkowany cały powrót.

Najpierw jednak trzeba kupić bilet. A to „na Wschodzie” nie jest takie proste, ponieważ tam bilety się kupuje z wyprzedzeniem, podobnie jak u nas na samolot. Przedsprzedaż biletów zaczyna się na 45 dni przed odjazdem pociągu, a ja w tym czasie byłem w Mongolii. Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy pomogli mi i na podstawie ksero mojego paszportu (bez tego dokumentu człowiek nie ma tam żadnych praw) na 41 dni przed odjazdem pociągu kupiono mi bilet. Niestety, nie było już plackarty, a tylko kupe w cenie 1140 zł.

Już wyjaśniam szerzej co oznaczają te nazwy. Kupe to typowa kuszetka z 4 miejscami do leżenia (spania). Natomiast plackarta to wagon, w którym nie ma typowych przedziałów, a jedynie są boksy z łóżkami do leżenia (góra – dół). Samo przejście jest przesunięte bardziej do środka, a pod oknem (tam gdzie w tradycyjnym wagonie jest korytarz) znajdują się łóżka do leżenia usytuowane wzdłuż wagonu (również góra – dół). Oczywiście wszystkie miejsca są numerowane i rozdzielane w kasie przy zakupie biletu (tam możne ew. zasugerować, na jakie miejsce ma się ochotę).

Ja wolę podróżować plackartą, ponieważ tam łatwiej nawiązuje się kontakty z towarzyszami podróży – przedział kupe jest 4-osobowy, a w plackarcie, poza czterema osobami w boksie, mamy obok 2 osoby oraz widok na sąsiadów, co ułatwia nawiązywanie kontaktów. Dodatkowo wszędzie u góry jest dodatkowa półka, gdzie leży przygotowana pościel (tak naprawdę są tam materace, które rozkłada się na łóżkach i na nie prześcieradła) a na ich miejsce na czas podróży można położyć bagaż. Miejsce na bagaż znajduję się także w skrzyni umiejscowionej pod dolnym łóżkiem – nikt go nie ruszy, kiedy ktoś śpi.

No i jeszcze jedno jest ważne – w wagonach nie wszystkie okna się otwierają, a czasami pasażerowie nie chcą otwierać. Dlatego też wolę podróżować tam, gdzie przynajmniej teoretycznie łatwiej jest znaleźć ludzi, którzy zechcą wietrzyć wagon. Więc kiedy dotarłem do Władywostoku (na dobę przed odjazdem pociągu), postanowiłem od razu udać się z biletem na dworzec i go wymienić na plackartę i odzyskać pieniądze. Nie jest tajemnicą, że część rezerwacji biletów jest automatycznie anulowana na 24, 12, 6 godzin przed odjazdem pociągu (zależy jakiego i gdzie). A poza tym jak pani w kasie chce, to też może sama coś znaleźć. Mi najpierw powiedziała, nie zaglądając do komputera, że nie ma żadnych miejsc. Ale jak jej pokazałem rower i powiedziałem kilka słów skąd się wziąłem, to od razu okazało się, że „mam szczęście, jest ostatnie wolne miejsce” za 450 zł. Za wymianę biletu zapłaciłem 24 zł. Tym sposobem 666 zł mniej wydałem na bilet.

Wsiąść do pociągu to też cały ceremoniał. Ja pojawiłem się na peronie na 2 godziny przed odjazdem pociągu. Zastałem tam już sporą grupę oczekujących. Na 30 min. przed odjazdem z wagonu wyszła prowadnica. Jest ona odpowiednikiem naszego konduktora, z tym że każda odpowiada za swój wagon, a jeżeli pociąg jedzie powyżej 24 godzin to jest dwójka prowadników (zwykle pracują na zmianę).

Wówczas otoczyli ją pasażerowie. Chyba byli już wszyscy. Pojedynczo podawano jej do sprawdzenia bilety i paszporty, które po sprawdzeniu wracały do właścicieli z informacją, że mogą wejść do wagonu i zająć miejsce nr… Ja miałem jednak rower, którego nie chciałem oddać na bagaż (dłuższa procedura i bardziej kosztowna). Pani prowadnik od razu odesłała mnie do Pani kierownik pociągu. Ta zaś kazała dokupić w kasie bilet na niegabarytowy bagaż (18 zł) i pozwoliła po odkręceniu kół położyć go na półce przeznaczonej na pościel. Jako że pociąg wyjeżdżał nocą czasu miejscowego (3.15, a moskiewskiego 20.15) przy kasie nie było nikogo, więc bez problemu zdążyłem wrócić z dodatkowym biletem nim prowadnica zdążyła „odprawić” pozostałych pasażerów mojego wagonu.

Sakwy położyłem na swoim łóżku, a rower wniosłem tylko do przejścia. Kiedy pociąg ruszył, spokojnie odkręciłem koła i okryłem je workami otrzymanymi od prowadnicy. Tak samo w jeden worek z przodu a w drugi z tyłu wsunąłem rower, aby zgodnie z zaleceniem kierownik pociągu był mniej widoczny. Robiłem to spokojnie, ponieważ miałem dużo czasu. Musiałem poczekać, aż pozostali pasażerowie mojego boksu rozłożą pościel i pochowają bagaże. Tym samym zrobią miejsce dla mnie. Położenie roweru na półce pod sufitem nie było zbyt trudne, ale przywiązanie go tak aby się nie zsunął z niej, przysporzyło mi trochę pracy. Małe sakwy ustawiłem z boku roweru, a duże ulokowałem na półce wzdłuż korytarza. Sam przygotowałem szybko pościel i kładłem się spać, ponieważ prowadnica zgasiła większość świateł – zostały te wzdłuż korytarza, mniej więcej co drugi boks.

Rano zająłem się nawiązaniem kontaktów z współtowarzyszami podróży. Wszystkie trzy dolne miejsca zajęła 40-letnia babcia z dwiema córkami (ok. 20 i 7 lat) oraz 2-letnim wnukiem. Na górnym łóżku obok mnie w boksie jechała studentka, a przed południem górne łóżko (te na korytarzu) zajął student. Każdy z moich współtowarzyszy jechał min. 6 dni.

Ludzie są przyzwyczajeni do dalekich podróży. To się czuje i widzi – duże torby z jedzeniem, zabrane książki do czytania oraz kilogramy słonecznika do łuskania. Na dodatek wszyscy chodzą z klapkach i sandałach. Do tego ubiór – spodenki, koszulki, jakiś dres, a zdarza się, że i szlafrok. W boksie pomiędzy łóżkami jest duży stolik odchodzący od okna, podobnie jak w naszych wagonach z tym, że tam bez problemu jednocześnie dwie osoby mogą robić sobie kanapki i jeść. Z dolnego łóżka usytuowanego wzdłuż okien również można zrobić stolik dla dwóch osób – jest on na tyle duży, że dwie osoby mogą spokojnie przy nim siedzieć i czytać.

W wagonie mamy dwie panie prowadnik. Starsza Ina ma ok. 30 lat, a młodsza Ania niespełna 20 lat – pracuje w wakacje, aby zarobić na studia. Do dyspozycji mają dwuosobową zamykaną kabinę oraz dyżurkę. W dyżurce można u nich kupić kawę, herbatę, batoniki (tym można zyskać ich sympatię). Ceny oczywiście są wyższe niż w sklepach, ale zwykle niższe od tych na peronie. Dodatkowo już mniej oficjalnie mają w dystrybucji piwo. To one tak naprawdę rządzą wagonem i ktoś kto sobie u nich za bardzo „przeskrobie”, może zostać przez nie wysadzony na najbliższej stacji. Raczej marne szanse są, aby kierownik pociągu miał inne zdanie niż one. Ale jak się z nimi żyje w zgodzie to może być całkiem sympatyczna podróż. Potrafią w wolnych chwilach dużo ciekawego powiedzieć lub wskazać stację, na której warto wysiąść z pociągu podczas jego postoju.

W wagonie drzwi zamykane są przez prowadnice na klucz i otwierane jak się pociąg zatrzyma. Wówczas są opuszczane także schody i jest szmatką przecierany uchwyt przy drzwiach, aby przy wsiadaniu (wysiadaniu) nikt sobie rąk nie pobrudził. One także sprzątają rano i wieczorem cały wagon (każda na swojej zmianie). Poza korytarzem i boksami mają jeszcze dwie toalety (po jednej z przodu i z tyłu wagonu) oraz przedsionki przy wejściach. Jako że tylko jedna para drzwi jest otwierana (przy kabinie prowadnic), to przedsionek przy drugich drzwiach służy za palarnię.

Jednak najważniejsze w każdym wagonie jest coś w rodzaju samowaru – stamtąd bez ograniczeń można pobierać wrzątek. Dzięki niemu można sobie robić ciepłe napoje do picia, czy np. zupki chińskie. Warto także umieć korzystać z toalet, ponieważ jest spora grupa stacji, wokół który obowiązuje „sanitarna zona”. Jest to rejon, gdzie są toalety zamknięte. Zwykle obowiązuje przy większych miastach, a im ono jest większe tym dłużej ona trwa przed przyjazdem do niej, podczas postoju i po ruszeniu w dalszą drogę. Są one 15 min., 30 min, a Moskwa ma 1,5 h przed przyjazdem do stacji. Zwykle na drzwiach od toalet znajduje się informacja o stacjach na trasie pociągu objętych „sanitarną zoną” oraz czasie jej trwania.

Niedaleko kabin prowadnic znajduje się także rozpiska stacji, na których pociąg się zatrzymuje. Są one bardzo szczegółowo. Informują one o godzinie przyjazdu, okresie postoju i godzinie odjazdu. To wszystko jest szczególnie istotne, kiedy pociąg ma opóźnienie i wówczas należy się liczyć, że czas postoju może być krótszy. Wg tej rozpiski toczy się także życie w wagonie. Pasażerowie dzielą stacje na te z krótkim postojem (zwykle 2 do 5 min.) i na nich nic się nie dzieje oraz na te z dłuższym postojem (od kilkunastu do nawet 45 min.). Na nich toczy się całe życie. To tam można wysiąść z pociągu i pospacerować sobie wśród straganów rozstawionych na peronie. Jest to także miejsce do uzupełnienia zapasów żywnościowych, tytoniowych czy „procentowych”.

Jednak ze względu na dość wysokie ceny (nawet 100% przebitka) ja wyspecjalizowałem się w „bieganiu na miasto”. Wystarczyło odejść jakieś 100 – 150 metrów od pociągu i już były sklepy z normalnymi cenami. A przy okazji trochę adrenaliny przy tym było – a nóż widelec pociąg odjedzie, a następny może dopiero za 2 dni!

Czas w podróży ludzie umilają sobie różnego rodzaju opowiadaniami. Po kilku dniach takiej jazdy pociągiem, jeżeli współpasażerowie przypadli sobie do gustu, może się okazać, że wiedzą oni o sobie więcej niż najbliższa rodzina. Do tego oczywiście trzeba podyskutować o obyczajach i polityce. A jak jest obcokrajowiec, z którym można się porozumieć, to koniecznie trzeba się wypytać o co się tylko da, czyli przynajmniej o życie i politykę w ich kraju oraz jak widzi Rosję. A w tym przypadku trzeba być ostrożnym, żeby „nie wejść na minę” i nie wywołać dyskusji, którą prowadnica będzie musiała tonować. A przy okazji do końca podróży reszta naszych towarzyszy straci do nas sympatię. Dlatego lepiej czasami po prostu siedzieć i grać w karty, od czasu do czasu opowiadając jakiś dowcip.

W transsibie można spać także do woli. Dla kogoś kto lubi spać polecam szczególnie górne łóżko – na nim człowiek nikomu nie przeszkadza (przy dolnym jest stolik) i może spać do woli. Zresztą po 22 prowadnice wyłączają większość świateł i w wagonie panuje półmrok. Można także odpoczywać w ciągu dnia. Zycie w wagonie toczy się bardzo wolno i cicho – nawet dzieci zachowują się ciszej niż zwykle! Tu nikomu nie przeszkadza, że ktoś sobie robi popołudniową przerwę na drzemkę, a jest to wręcz jednym z elementów „rytuału” podróży. Na szczęście nawet tak żywe i ruchliwe osoby jak ja przez tydzień podróży się nie nudzą, a wręcz mogę stwierdzić, że nie zdążyłem się wyspać! Kładłem się spać jako jeden z ostatnich, jak nie ostatni. Zawsze można było iść porozmawiać z dyżurującą prowadnicą, szczególnie że była to Ania!

Przed wyjazdem z Polski słyszałem wiele opowieści, ile to się pije alkoholu w pociągu kolei transsyberyjskiej. Nic bardziej mylnego. Tak naprawdę piło nie wiele osób i to zazwyczaj kończyło się na jednym piwie po kolacji. Jeżeli czasami ktoś pił więcej to była to młodzież w wieku 15-20 lat, która „wyrwała” się z domu i postanowiła zaszaleć. Ale nie można powiedzieć, że pijący komuś przeszkadzali. Strach przed możliwością „wysadzenia” z pociągu przez prowadnicę oraz fakt, że ludzie w Rosji mają mniej pieniędzy niż my w Polsce powodował, że i tak ilości spożywanego alkoholu przez najbardziej imprezowych były nie duże.

Widoki z okna wagonu są różne. Można zobaczyć całe połacie pól dziko porośniętych chaszczami. Ale widać także wioski i miasta, a także Jezioro Bajkał. Tory kolei transsyberyjskiej momentami „wdzierają” się na plażę. Niestety, kiedy „mój” pociąg dotarł nad Bajkał już po zachodzie słońca.

Od sobotniego południa moi współtowarzysze podróży (zarówno z boksu jak i wagonu) zaczęli pomału wysiadać a na ich miejsce przychodzili nowi. Ale chociaż było to dopiero po 6 dniach drogi, każdy codziennie głośno się zastanawiał, kto po niego przyjdzie na dworzec. To był bardzo ważny temat. No i oczywiście czy będzie samochód (jaki), czy rodzina się zmieści. Jeszcze w wagonach nastąpiła wymiana adresów i telefonów oraz zaproszenia w odwiedziny. Do mnie tylko mówiono, że tym razem może nie będę się męczył i przyjadę samochodem! Na peronach były kilkunastominutowe pożegnania. Czasami tak serdeczne, że przypadkowa osoba mogłaby pomyśleć, że to pożegnanie rodzinne, a nie osób które się dopiero poznały w tym pociągu. Z nowymi pasażerami już nie udawało nawiązać się takiego kontaktu. „Starzy” rozmawiali ze sobą, a „młodzi” zajmowali się sobą.

Przed przyjazdem na Dworzec Jarosławski w Moskwie (godz. 11.03) przykręciłem koła do roweru. Później Kamil pomógł mi wypakować się z pociągu. Na peronie na przygotowanie roweru do drogi czekała grupa pasażerów z wagonu, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia ze mną, no i oczywiście z rowerem! Wielu mi zazdrościło takiej podróży. I chociaż są Rosjanami, trudno im było uwierzyć we wszystko co przebyłem w drodze. A przede wszystkim zazdrościli mi znajomości ich kraju! Sami przyznawali, że mało jest u nich ludzi, którzy znają Rosję taką jak ja!

Gdy zakończyły się pożegnania na peronie, przypiąłem rower do latarni i wróciłem na chwilę do wagonu. Trzeba było pożegnać się z „moimi” prowadnicami. Wiele razy podróżowałem pociągami „na Wschodzie”, ale tak fajną obsługę rzadko się spotyka. Ania jeszcze biegała w szlafroku (dopiero wstała), ale zdjęcie pamiątkowe musiało być. Obydwie żegnały mnie słowami „Nie zapominaj o nas”! Nie zapomnę!

13 Comments

  • Daniel

    Szczerze podziwiam takie osoby ja ty. Nie wyobrażam sobie jechać pół roku rowerem do Chin w dodatku samotnie… oO.
    Ale podziwiam, podziwiam.

    21 stycznia 2009 at 16:56
  • krzysiek

    Ale ja nie chciałem jechać sam, ale nie znalazł się chętny! Teraz myślę o kolejnym wyjeździe i trochę się boję, że znowu będę skazany na samotność 🙁

    21 stycznia 2009 at 21:49
  • PLUTO

    No to Krzysiu nie było z kim w 1000 zagrać jak pociągu do Astany?
    Szczerze pozdrawiam i gratuluje przygody

    21 stycznia 2009 at 23:22
  • krzysiek

    Pluto! Dzięki:) wyprawa do Kazachstanu pokazała mi, jak wiele tracę siedząc w domu! Pozdrawiam 🙂

    22 stycznia 2009 at 00:07
  • Damian

    Ania rzeczywiście ładna :))
    Gratuluję wspaniałej wyprawy !!! Podziwiam Cię.

    19 lipca 2009 at 01:13
  • krzysiek

    Damianie! Dzięki za gratulacje. Nie ma co podziwiać, ale samemu podróżować. Wystarczy tylko chcieć:)

    21 lipca 2009 at 07:45
  • Agnieszka11

    Ech… Piękna przygoda:) Też bym tak chciała, uwielbiam jeździć na rowerze. To musiała być prawdziwa próba sił! Chciałabym mieć towarzysza który by się ze mną wybrał w podobną wyprawę. Choćby pociagiem z Moskwy do Władywostoku. Od roku zbieram środki finansowe ale perspektywa samotnej wyprawy troche przeraża:( Gratuluję odwagi i sił:)

    20 października 2010 at 19:43
  • krzysiek

    Masz rację Agnieszko – piękna przygoda. Podróżowanie samemu jest bezpieczne, ale męczące. Fajnie jest mieć kompana w podróży. Natomiast jak chcesz, to możesz się przyłączyć do jakiejś wyprawy. Pozdrawiam:) Krzysiek

    29 października 2010 at 11:09
  • mikolaj

    witam. ja równiez gratuluje wyprawy. choc ocham rower to poki co tylko wybrzeże polskie udalo mi sie przejechac:)ale teraz w wakacje planuje podroz choc niestety nie rowerem a transsybirem do pekinu a potem to sie zobaczy gdzie dalej. Jednak gdybys cos planowa w tym roku w oolicach kwietnia daj znac moze sie skusze:)pozdr

    4 grudnia 2010 at 20:35
  • wojtas

    Szczerze gratuluję tym bardziej ,że w pojedynkę, mam w planie coś podobnego,ale muszę się sprawdzić i poczuć jak to naprawdę jest.

    24 stycznia 2011 at 15:01
  • krzysiek

    Dzięki Wojtas:)

    25 stycznia 2011 at 22:21
  • Jacek

    czytam, podziwiam, marzę, planuję. Planuję latem po Polsce, z synkiem, zobaczymy jak pójdzie.Pozdrawiam

    2 stycznia 2012 at 22:25
  • krzysiek

    To jest proste – sami sobie komplikujemy życie. Powodzenia Jacku!

    3 stycznia 2012 at 00:15
LEAVE A COMMENT