Skandia Maraton LangTeam

 O zawodach MTB organizowanych przez Czesława Langa słyszałem wielokrotnie, kilka razy się na nie wybierałem, ale jak zwykle coś stwało na przeszkodzie. Tym razem namówiony przez Pana Krzysztofa Golwiej, członka zarządu Polskiego Związku Kolarskiego (jednocześnie Prezesa Pomorskiego Okręgowego Związku Kolarskiego) byłem na tyle zdeterminowany, że postanowiłem na zawody do Białegostoku nie tylko pojechać, ale także treningowo wystartować. Z opisu trasy wynikało, że mogę ją pokonać na swoim trekingu Gianta, a o formę muszę dbać tym bardziej, że może jeszcze w tym roku pojadę na kolejną wyprawę.

 Zawody w Białymstoku były dwudniowe. W sobotę 11.09.2010 stratowali zawodowcy w Vacansoleil Grand Prix MTB 2010, a następnego dnia amatorzy w Skandia Maraton LangTeam. Ta sportowa impreza zapowiadała się wyjątkowo interesująca, ponieważ w siedem dni po zdobyciu tęczowej koszulki Mistrzyni Świata miała wystartować Maja Włoszczowska oraz brązowa medalistka Mistrzostw Świata U23 Paula Gorycka. Do zawodów były zgłoszone pozostałe kadrowiczki, które startowały w Kanadzie (ostatecznie nie dojechała Anna Szafraniec). Jednak na miejscu niestety okazało się, że przyjazd tak znanych i utytułowanych zawodniczek nie zachęcił mieszkańców Białegostoku do licznego przybycia na zawody. Już podczas startów młodzików spikerzy zawodów zapowiadali start naszych kadrowieczek z mistrzynią świata na czele. I faktycznie godzinę przed startem zgromadzeni przy mecie mogli zauważyć przyjazd busa CCC Polkowice, którego zawodniczkami są Maja Włoszczowska, Magdalena Sadłecka, Aleksandra Dawidowicz i Paula Gorycka, a trenerem jest Andrzej Piątek (jednocześnie trener kadry narodowej MTB). Łowcy autografów i dziennikarze od razu ruszyli ku zawodniczkom zapominając, że godzina czasu przed zawodami wystarcza tylko na przygotowanie do startu (przebranie się i rozgrzewkę). Maja od razu obiecała, że po zawodach będzie miała dla wszystkich czas.

 

 Wielokrotnie oglądałem starty MTB w telewizji, ale nie sądziłem, że mogą być tak interesujące. Na miejscu bardzo spodobała mi się walka już w kategoriach młodzików. Wśród pań w kategorii „Elite kobiety” rywalizacja była bardzo zacięta, ale prowadząca praktycznie od startu Maja Włoszczowska nie dała szans rywalkom. Zadanie ułatwiła jej awaria sprzętu Aleksandry Dawidowicz (odkręciła się linka od tylniego hamulca – jak przyznała Ola po zawodach zdarzyło jej się to drugi raz w życiu). Drugie miejsce zajęła Paula Gorycka, a trzecie Katarzyna Solus – Miśkowicz.

 W trakcie zawodów miałem możliwość pogratulowania sukcesu trenerowi Andrzejowi Piątek, który był oblegany przez media i kibiców. A bezpośrednio po nich mogłem spokojnie porozmawiać z Paulą Gorycką i Olą Dawidowicz, kiedy miały „roztrenowanie”. Nasza brązowa medalistka jest bardzo szczęśliwa z odniesionego sukcesu, chociaż widać po niej, że ma ochotę na więcej. Kiedy nasze reprezentantki skończyły, „pojeździć” przyszła Maja Włoszczowska. Przez chwilę pomęczyli ją łowcy autografów, ale później można było w miarę swobodnie porozmawiać. Mnie interesowało, ile ma cierpliwości dla mediów i kibiców (przecież jest tylko człowiekiem). Stwierdziła, że ma jej dość sporo, a w ostateczności zaczyna płakać i prosi o zostawienie jej samej! Na pytanie co sądzi o małej liczbie kibiców na zawodach odpowiedziała dyplomatycznie, że jak była tu 3 lata temu to nie było praktycznie nikogo. Muszę także przyznać, że chociaż rozmawiałem z gwiazdą światowego formatu, nie czuć było w jej głosie gwiazdorstwa. Natomiast widać w jej oczach wielkie marzenie – złoty medal olimpijski!

 Po zawodach zarejestrowałem się w biurze zawodów i odebrałem numer startowy (3080). Ponieważ start potraktowałem jako sprawdzian mojej wytrzymałości, postanowiłem wystartować w wyścigu Grand Fondo na dystansie 96 km (pozostałe to Mini – 39 km, Medio – 66 km i wyścig rodzinny – 10 km). Tam także spotkałem się z Prezesem Krzysztofem Golwiej (walczy o podium w kategorii Mini) i umówiliśmy się na wieczorne spotkanie. Sam pojechałem do hotelu robotniczego, usytuowanego niespełna 2 km od Rynku Kościuszki (miejsce Startu – Mety Skandia Maraton LangTeam), o którym powiedzieli mi jeszcze w trakcie zawodów kibice. Obsługa było bardzo miła i pozowliła mi zoastawić na ich parkingu samochód na czas zawodów i skorzystać z prysznica po powrocie ok. 17.00 (doba hotelowa jest do 12.00). Na miejscu okazało się, że za ścianą mieszkają koledzy z Lęborka i Człuchowa, którzy również przyjechali na zawody. Od nich dowiedziałem się, że trasa jest błotnista, a i piasku nie brakuje. Jeszcze przed zmrokiem udałem się na krótki rekonesans po okolicy, a następnie udałem się do hotelu, w którym zatrzymała się kolarska rodzina. Tam dzięki Panu Krzysztofowi Golwiej miałem możliwość poznania przy kolacji Agatę Lang – Piermarini i jej męża Mirco Piermarini, Annę i Pawła Porucznik oraz Pana Lecha Piaseckiego. Zostałem przez nich bardzo miło przyjęty i przy kolacji trochę opowiedziałem o wyprawie rowerowej do Pekinu na Igrzyska Olimpijskie i pielgrzymce do Ziemi Świętej. Pod koniec naszego spotkania pojawiły się pytania o plany na przyszłość.
W niedzielę obudziłem się sam już po 6-ej. Nie mogłem się doczekać startu, ale udało się wszystko zrobić tak jak zaplanowałem – dwa posiłki wg zegarka (nie może zabraknąć siły na trasie), złożyć rower i przygotować przed startem (w trasę sabrałem zapasową dętkę, pompkę i klucze). Przed wyjazdem z hotelu życzyliśmy sobie z kolegami mieszkającymi za ścianą powodzenia i każdy ruszył na rozgrzewkę. Na miejsce Startu – Mety dotarłem 30 minut przed startem (im mniej się czeka tym lepiej – mięśnie są lepiej rozgrzane). Tam życzyliśmy sobie powodzenia z Prezesem Krzysztofem Golwiej, „dzięki” któremu zauważył mnie spiker zawodów i przez chwilę odpowiadałem na jego pytania w wyprawę rowerową do Pekinu na IO przed zgromadzoną publicznością. Niezbyt przepadam za czymś takim, ale dzięki temu wypatrzył mnie mój znajomy Daniel Kochanowski, z którym nie miałem kontaktu od paru lat!

 Wystartowaliśmy punktualnie o 11.00. Ponieważ w Grand Fondo na dystansie 96 km startuje mniejsza ilość chętnych niż w pozostałych kategoriach (to jest prawdziwy maraton rowerowy), nie było przepychanki i kolizji. Natomiast była kraksa po 3 km, kiedy na ostatnich metrach asfaltowej drogi byli tzw. „leżący policjanci”, ale chyba nikomu nic się nie stało. W lesie natomiast trasa była bardzo trudna. Górek nie było zbyt wiele, natomiast było trochę błota i sporo piasku, z którego kilkakrotnie musiałem wypychać rower. Między 10 a 70 km walczyłem wspólnie z poznanym na trasie Zygmuntem – on mnie „ciągnął” po piaskach a ja jego po twardej nawierzchni. Jako jedyny z uczestników Grand Fondo jechałem rowerem trekingowym i jako jedyny nie zdjąłem błotników, świateł, itd. Mój Giant spisał się bardzo dobrze. O ile miałem problemy w piaskach to na asfalcie i twardych szutrowych drogach jechało mi się wyśmienicie. I o dziwo mój organizm zniósł start całkiem nieźle. Co prawda już od połowy dystansu zaczęły się pojawiać drobne skórcze, ale dostałem od Zygmunta (wielkie dzięki) trochę magnezu i bez problemów dotarłem do końca, a nawet mogłem się jeszcze skutecznie ścigać na ostatnich trzech kilometrach (ponownie asfalt). Na mecie chwycił mnie skórcz prawej nogi, ale po chwili sam „puścił” i mogłem normalnie chodzić. Przez chwilę miałem wrażenie, że był to najcięższy dzień na rowerze. Ale szybko to minęło.
Start w Skandia Maraton LangTeam był dla mnie udany. Kondycja w perspektywie kolejnej wyprawy w tym roku jest bardzo dobra, a samotne jeżdżenie mnie nudzi i mam na nie coraz mniej ochoty. Poza tym wspaniała atmosfera zawodów. Na mecie dowiedziałem się od Pana Pawła Porucznik, że Pan Krzysztof Golwiej wystartował bardzo udanie – zajmuje obecnie 3 miejsce w klasyfikacji generalnej w Mini, a do końca edycji 2010 pozostały tylko zawody w Rzeszowie. Kiedy gratulowałem mu wyniku, zapytał się mnie tylko o jedno  – czy jakbym ponownie miał wybierać dystans w Białymstoku to czy znowu zdecydowałbym się na Grand Fondo i 96 km? TAK – odpowiedziałem – minęły 2 godziny od zakończenia zawodów a ja już czuję się jak po zwykłej przejażdżce!

LEAVE A COMMENT