Wspaniały Iran

Pomysł wyjazdu do Starożytnego Państwa Persów narodził się kilka lat temu, ale zawsze coś stało na przeszkodzie – a to inne wyjazdy a to brak czasu a to brak funduszy na drogę! Tak na drogę. Jeszcze kilka lat temu za miarę rozsądne pieniądze można było się dostać tylko drogą lądową przez Turcję – 4-5 dni w jedną stronę! Ale czasy się zmieniają i Iran również otworzył się na turystów a nawet wprowadził wizy lotniskowe, które można otrzymać w prosty sposób (tj. opłata 75 euro, zdjęcie, rezerwacja z hotelu, rezerwacja biletu powrotnego i polisa ubezpieczeniowa). Jedyne co się nie zmieniło to to, że Persowie mają nadal swój system walutowy i nie działają żadne karty wydane poza Iranem! Udając się tam nadal należy mieć gotówkę i to najlepiej euro lub dolary (bodajże jedyna rzecz lubiana z USA). I jeszcze jedno – własna strefa czasowa, 1,5 h w stosunku do Polski.

Urlop miałem krótki, więc od samego początku szukałem połączenia, które będzie możliwie szybkie. Urywam się z pracy 25 września 2019 roku i z Gdańska przez Kopenhagę i Doha (nocleg na lotnisku) do Teheranu. Tam jako pierwszy podchodzę do okienka wizowego i po wypełnieniu krótkiego wniosku (imię i nazwisko, kraj, zawód, data przylotu/wylotu, adres hostelu i podpis) uprzejmy Pan bierze go razem z paszportem a mi każe iść dokonać opłatę (na dokumenty tylko zerknął pobieżnie). Po ok. 30 min. woła mnie i wręcza paszport. A w nim ani śladu wizy. Idę do odprawy a pogranicznik każe iść dalej. Pytam się o pieczątkę a on na to, że mam wizę elektroniczną i nic nie stemplują a ci co będą mnie kontrolować mogą to sprawdzić! Metrem udaję się w kierunku centrum. Od lotniska do kolejnej stacji jadę ok. 45 min. wolnym tempem. Tam się przesiadam po chwili czekania na tym samym peronie do kolejnego pociągu, ale nadal była to linia nr 1 (zdecydowanie najgłówniejsza i najbardziej przydatna linia w Teheranie, operuje na linii Północ – Południe). W między czasie orientuję się, że jedna ze stacji połączona jest z Południowym Dworcem Autobusowym (są 4 podstawowe). Postanawiam tam wysiąść i kupić bilet na nocny autobus do Niszabur. Bez problemu, autobusy były chyba co godzinę.

Mam pół dnia wolnego. Postanawiam taksówką pojechać na Cmentarz Dulab, gdzie są pochowani nasi rodacy, którzy z Armią Gen. Andersa opuścili ZSRR w 1942 roku. Odnowiony, bardzo ładnie się prezentuje. Stamtąd jadę do Centrum, aby przejść się po Bazarze i Wielkim Meczecie.

Wiele dworców autobusowych w Iranie jest w kształcie koła a przodem do nich podjeżdżają autobusy, których jest niesamowicie dużo. Czekając na odjazd (prawie godzina opóźnienia, tutaj to chyba norma) wyciągam aparat i po chwili miałem sesję fotograficzną z kierowcami i obsługą autobusu! W środku oddzielnie siedzą kobiety i mężczyźni chyba że są rodziną. Po 11 godz. jazdy (głównie spania) docieram do Niszabur. Tam autobus nie zajeżdża na dworzec tylko wysadza mnie przy drodze ale pojawia się taksówkarz, który po chwili negocjacji ma mnie zawieźć za miasto, abym mógł zobaczyć jedyny drewniany meczet w Iranie (niewielki ale ładny) a przy okazji do dwóch mauzoleów (są wszędzie). Niewielki, ale ładny.

Na dworcu autobusowym taksówkarz pokazuje mi ile mam zapłacić za bilet do Meszhedu (niektórzy naciągają). 1,5 godz. jazdy i jestem na miejscu. Od razu kupuję na 20-stą bilet na kolejny nocny autobus (Yazd) i z taksówkarzami negocjuję wyjazd do górskiej wioski Kang. Droga męcząca (bardzo gorąco), ale sama wioska, sprzed 3000 lat, jest bardzo interesująca. Domu wybudowane na zboczu góry tak, że dach niższego domu jest jednocześnie podwórzem wyższego domu!

Po powrocie do Meszhedu udaję się do największego Centrum Pielgrzymkowego Szyitów w Iranie, tj. Mauzoleum Imama Rezy. Bagaż i aparat musiałem zostawić w przechowalni ale telefonem mogłem robić zdjęcia! A bez bagażu, po dwóch dniach w drodze, skutecznie wtopiłem się w tłum i nikt nawet nie zwrócił uwagi, że wchodzę do Meczetu Goharszad, do którego mogą wyjść tylko muzułmanie! Zauważam, że w Iranie bardzo często sufity i ściany są zrobione z różnego rodzaju szkiełek i kryształów, które w świetle bardzo ładnie się prezentują.

Po kolejnej nocy w autobusie docieram do Yazd, miasta na Pustyni. Tutaj od razu zaczepia mnie taksówkarz, który próbuje mnie naciągnąć. Ale słyszy to muzułmanka i pokazuje mi, abym poszedł za nią. 30 m dalej była budka, gdzie powiedziałem, dokąd chcę jechać i usłyszałem cenę o 40% niższą. Płacę, dostaję talon i idę do pierwszej z brzegu taksówki, która zawozi mnie do Friendly Hotel. Niesamowite miejsce. Budynek z zewnętrznym dziedzińcem zaadoptowanym na wspaniały ogród! Urzekł mnie od razu. Ponieważ było po 9-ej, gospodarz zaprasza mnie na śniadanie, pokazuje pokój wieloosobowy (jestem w nim sam) a na koniec robi zdjęcie mojego paszportu. Pytam się o cenę – 500 tys. riali (ok, 4,70 dolara), ale mam zapłacić wieczorem bo może mi się coś nie spodoba! Cały dzień spędzam w mieście nie zważając na ok. 40°C w cieniu. Ale starówka jest wspaniała. Cała zbudowana z gliny i słomy, ze specjalnymi wieżami zwanymi badgirami, które już w starożytności stanowiły swego rodzaju klimatyzację budynków. Tutaj również mogę zobaczyć kantaty, czyli historyczne już wodociągi. Po 18-ej w moim hotelu na dachu serwowali obiadokolację – namówiono mnie na Gheyme Yazdi, czyli wspaniałe lokalne jedzenie. Dostaję również namiar na hostel w Shiraz, dokąd udaję się kolejnego dnia.

Chciałem właściwie jechać o świcie, ale pierwszy autobus miał być o 8-ej, ale odwołano go i kolejnym ruszam jakieś 75 min. później. Właściwie cały czas jedziemy przez pustynię i góry. Ale dobra i szeroka droga, więc jazda mija bardzo szybko. W pewnym momencie orientuję się, że będziemy przejeżdżali obok Persepolis. Uprzejmy kierowca wysadza mnie na skrzyżowaniu a pierwszy zatrzymywany kierowca od razu zawozi mnie pod samą kasę biletową! Podobnie jak inni Irańczycy bardzo lubi Polaków, a szczególnie kojarzy nas z meczów siatkówki! Ruiny stolicy Starożytnej Persji robią niesamowite wrażenie a jeśli jeszcze możemy sobie wyobrazić, że to stąd była wyprawa na Państwa-Miasta Starożytnej Grecji to mamy pełny obraz wielkości miejsca!

Rozochocony autostopem nie chce mi się negocjować z taksówkarzami, więc cena spada o połowę, do 500 tys. za 9 km do grobowców Naqsz-e Rostam (warto tu było wstąpić) a następnie ok. 60 km do Shiraz, a dokładnie do Mauzoleum Hafeza – bodajże najfajniejsze mauzoleum w Iranie! Stamtąd idę pieszo do Centrum przez bardzo ładny park, zachodzę do kilku meczetów i na bazar aż docieram do Taha Hostel. Tam kwateruję się w bardzo dobrych warunkach i udaję się na nocny spacer po mieście. Nie przerażają mnie miejscami nieoświetlone, wąskie uliczki starówki, czuję się bezpiecznie. O świcie idę na dalsze zwiedzanie miasta, a przede wszystkim do Mauzoleum Szah-e Czeraq i Meczetu Nasir al-Molka (różowego meczetu). Jeszcze idę przed zamek i na deptak, no i jeszcze raz muszę spróbować tutejsze lody – faktycznie najsłodsze jakie jadłem, podobnie jak inne przysmaki w tym miejscu – słodkie miasto!

Shiraz udaję się do Isfahan. Docieram tu o zmierzchu. Polecony hostel jest nowo otwarty a nawigacja offline nie widziała go, więc prawie 2 godziny, i to przy pomocy miejscowych zajmuje mi znalezienie mojego noclegu. Na miejscu poznaję grupę Chińczyków, którzy podróżują z wynajętym kierowcą – poznaliśmy się w hostelu w Shiraz. O poranku ruszam na zwiedzanie. Na początek wspaniała Katedra Ormiańska i 3 zabytkowe mosty (każdy inny). Chcę wymienić walutę ale w Iranie to nie taka prosta sprawa – tu są ulice tematyczne – jak rowery to tylko rowery na całej długości a jak kantory to kantory. Zagadnięty mężczyzna proponuje, że mnie podwiezie motorkiem do Centrum i tam mogę wymienić walutę a przy okazji jestem obok największej atrakcji – olbrzymiego placu obudowanego budynkami z bazarami, meczetami i rezydencjami. Bardzo ładne miejsce.

Stąd do hostelu miałem 3,5 km, ale ok. 3 km szedłem zadaszonym bazarem co przy tych temperaturach było bardzo przydatne. W hostelu trafiam na popołudniową sjestę przy kawie, ciastkach, arbuzie i winogronach. Snapem (tania aplikacja transportowa popularna w Azji) udaję się na dworzec autobusowy i 3 godziny później jestem w Kaszan. Chcę iść pieszo do hostelu ale po 100 m zatrzymuje się gościu na motorze i proponuje, że mnie podwiezie. Podałem mu adres ale zawiózł mnie do innego hotelu (zapewne znajomych) – miał dwie wady: był droższy i kawałek od Centrum. Więc dziękuję i mówię, że nie tutaj mam się zatrzymać. Wówczas dopiero gościu zainteresował się, gdzie jest mój hostel i mnie tam podwiózł. Miejsce fajne ale już bez tego klimatu. Jedna recepcja na kilka hoteli/hosteli, jeden wielki kolos bez atmosfery.

Wieczorem rekonesans a o poranku spacer połączony z poszukiwaniem wycieczki do Abyaneh – udaje się. Kupuję wypad do górskiej wioski połączony ze zwiedzaniem będącego na liście UNESCO, wspaniałego Ogrodu Fin. Abyaneh jest w górach, ponad 50 km od Kaszan a po drodze kierowca pokazuje mi miejsce, w którym mają broń atomową. Jest to czerwona wioska, pobudowana na zboczu góry, w ostatnich latach odnowiona. Bardzo fajne miejsce.

Po powrocie kierowca zaprasza do swojego mieszkania na zapleczu i częstuje wegetariańskim obiadem. Popołudniu zwiedzam rezydencje każdzarskie i łaźnie, a przed wyjazdem ostatnie chwile spędzam na herbatce w dawnym Karawensaraju. Tym razem nocnym autobusem jadę do Kermanszah, stolicy Irańskiego Kurdystanu. Jadę w towarzystwie dwóch dziewczyn z Polski, które podróżują po Iranie korzystając z couchsurfingu.

Na miejscu jesteśmy po 5-ej rano, godzinę przed świtem. Oprócz straganów wszystko jest pozamykane. Godzinę później świta i wówczas spotykam Arash, jedyną bodajże osobę mówiącą po angielsku. Otwiera się jedna kasa i okazuje się, że nie ma biletu do Hamadan (i nie będzie!!!), ale autobus do Teheranu jedzie przez Hamadan! Więc kupuję bilet do Teheranu i udajemy się na zwiedzanie. W pół dnia Arash pokazał mi całe miasto i zapoznał ze swoimi przyjaciółmi, sprzedawcami jednej z uliczek. Arash kupował bilety, więc były one 8-10 razy tańsze niż dla turysty.

Na koniec odwiózł mnie na dworzec autobusowy i poprosił kierowcę, aby wysadził mnie w Hamadan. Sporą część miasta udaje mi się zobaczyć jeszcze przed zmrokiem, ale nie ono było celem mojej wizyty. Po zmroku szukam noclegu i idzie mi to bardzo opornie. Ostatecznie trafiam do hotelu robotniczego i w standardowej cenie 500 tys. riali mam dwójkę dla siebie. Następnego dnia udaję się do Ali Sadr – największej jaskini w Iranie, z naciekami sprzed 10 tys. lat! Jest piątek i jest to jedyny dzień w którym nie kursuje autobus. Ale od razu zaczepia mnie taksówkarz i proponuje kurs zbiorowy – po 15 min jedziemy ponad 70 km. Ponad 1,5h spędzam pod ziemią, chodząc i pływając łodziami. Bardzo fajne miejsce i do tego chłodne (15-16°C). Po wyjściu zaczepia mnie trzech braci, którzy po chwili rozmowy proponują, że podwiozą mnie do Hamadan, skąd autobusem udaję się do Teheranu na ostatnie 3 noce.

Pobyt w Teheranie zaczynam od próby dostania się na Toczal, czyli szczyt na wysokości prawie 4000 m. n. p. m., skąd jest widok na Teheran i okolice (o ile nie ma smogu). Niestety jest sobota a kolejka kursuje od środy do piątku, więc idę na pieszo. Podejście łagodne ale ponad 2 tys. m przewyższenia jest rozłożone na prawie 20 km. Idzie się bardzo dobrze, ale ok. 13 orientuję się, że mam za mało czasu, aby wejść i zejść za dnia. Spotykam miejscowego emeryta, który na ok. 3100 m. n. p. m. proponuje mi grilla – w plecaku wniósł ruszt, mięso, węgiel, wodę i czajnik, aby zrobić herbatę! Nie chcę, ale nie odpuszcza mi. I tak mam godzinny postój w fajnym miejscu widokowym, a następnie razem schodzimy. Tego dnia udaje mi się jeszcze wejść do dawnej ambasady USA, w której od kilku lat mieści się muzeum przedstawiające to miejsce tak jak wyglądało w 1979 roku. Drugiego dnia to oprócz Golsten Palace, Muzeum Klejnotów Narodowych i kilku mniej znanych miejsc, to także poszukiwanie upominków na Grand Bazarze i okolicy. Magnesy udaje się znaleźć dopiero wieczorem po tym jak w hostelu recepcjonistki poczęstowałem krówkami a te w rewanżu przeszukały w internecie i telefonicznie pół Teheranu!

Iran jest wspaniały i tani – na miejscu na wszystko wydałem niespełna 300 euro + 75 euro za wizę. Byłem na miejscu 11 dni, a czas upłynął bardzo niespostrzeżenie wśród bardzo sympatycznych ludzi. Nawet spacerując późnym wieczorem wąskimi (czasami nieoświetlonymi) uliczkami starych miast czułem się bezpiecznie. A ponieważ byłem przed sezonem to było gorąco, ale było także wszędzie dużo miejsca i mogłem nie poganiany przez nikogo podziwiać kulturę Państwa Persów.

LEAVE A COMMENT