9.07.2008r. – 93. dzień wyprawy

Obudził mnie ruch w mieszkaniu przed 7-mą. Najstarszej corki już nie było w domu, a gospodarze zbierali się do wyjścia. Tylko dwie nastoletnie coreczki spokojnie spały.

Dostałem 3 boce na śniadanie (wielkością przypominają pierogi ruskie) oraz pokazano mi gorący garnek herbaty. Gospodarz na pożegnanie powiedział tylko, że mogę spokojnie zjeść śniadanie i jak będę gotowy to jechac dalej.

Punktualnie o 8-ej wyruszyłem, a właściwie wypchałem 100 metrow po piasku rower do asfaltu. Wiał silny, wschodni wiatr, ale słońce jeszcze nie świeciło (zwykle pojawia się ok. 10-tej i świeci bardzo mocno do ok. 19-stej). Jechałem sobie spokojnie, rozglądając się na około.

Mniej więcej od miasteczka Bayantal zaczął się pustynny krajobraz. Tam też kobieta, z ktora rozmamwialem po rosyjsku, zapewniała mnie o dobrej jakości drogi do granicy chińskiej. A tu ledwo ujechałem niespełna 8 km i skończyła się droga!

Trzeba było zjechać na bok i jechać po dowolnie wybranym, pustynnym szlaku, ponieważ dalej drogowcy dopiero robią drogę. Początkowy myślałem jednak, że to tylko jakiś dłuższy odcinek jest w generalnym remonice. Pierwsze 10 km nie było nawet takie złe, był nawet dość twardy grunt pod kołami.

Poźniej jednak co raz częściej zacząłem zapadać się w paiasku i trzeba było z niego wyciągać ważący ponad 50 kg rower. Jednak większym problemem była orientacja w terenie, a własciwie jej brak. W Mongolii znaki informacyjne są rzadkością, a tu nie było nawet słupkow kilometrowych. W pewnym momencie, w wyniku pofałdowanego terenu zniknęły mi tory kolejowe, które były po prawej oraz budowana droga, która miała być po lewej. Były tylko mniej kub bardziej wyjeżdżone szlaki na pustyni, wzajemnie się przecinające. Co chwilę miałem wątpliwości, w którą stronę jechać. Jakby na domiar złego, przez prawie 2,5h widziałem tylko 5 samochodów na horyzoncie!
Po prawie 19 km przedzierania się przez Pustynię Gobi dotarłem do chińskiego obozu drogowcow (całą drogę budują Chińczycy).

Była tam też Arja, mongołka, ktora nadzoruje prace drogowe i właśnie przeprowadzała inspekcję tego odcinka. Ona wraz z jeszcze innym kierownikiem prac wytłumaczyła mi, że droge do granicy z Chinami planują zrobić za dwa lata! A obenie jest tylko pustynia i szlaki na niej. Wg nich można jechać wzdłuż torow kolejowych, ale tam jest tylko luźny piasek. Wg nich do najbliższego miasteczka miałem 50 km, a do kolejnego Aygar 80 km. Byłem załamany. Moje nogi (zwłaszcza kolana) po niespełna 19 km bolały, a co tu dopiero kolejne 50 km!
Zapytałem się Arji, czy można u nich kupić wodę mineralną i gdzieś w cieniu zjeść śniadanie. Dostałem dwie butelki w prezencie, a chińscy robotnicy (zebrali się prawie wszyscy) jak się dowiedzieli kto ja jestem i że chcę usiąć i jeść, postanowili mnie sami nakarmić. Więc pomimo wycigniętego już na stoł chleba, zjadłem miskę ryżu i dwie zupy ziemniaczanej. Tak mnie ugościł chiński szef robotnikow, ktoremu bardzo spodobała się informacja, że jadę na Igrzyska Olimpijskie do Pekinu.

Oczywiście mojemu jedzeniu przyglądała się cała grupa robotnikow. W miedzy czasie Arja zaproponowała, że jedzie ok. 15-stej do Aygar i może mnie podwieźć. Nie bardzo miałem ochotę, ale Arja skutecznie przekonała mnie możliwościa zabłądzenia na pustyni.

Kiedy zjadłem, Arja pojechała w teren, a ja miałem czas wolny. Miałem nawet ochotę ruszyć dalej. Jednak spacerując i zastanawiając się co dalej robić, zauważyłem gwałtownie zmieniający się kierunek wiatru – ze wschodniego na zachodni. Po godzinie wiał już połnocno – zachodni i rozpętała się pustynna burza.

Nie było nic widać przez ponad 30 min., a kiedy burza osłabła, zaczęło padać. Wowczas też powrociła Arja z kierowcą. Zapakowaliśmy rower do jej Jeepa i ruszyliśmy w drogę. Po drodze zatrzymaliśmy się dwa razy na chwilę przy kolejnych bazach drogowcow.

Te 80 km w samochodzie ewidentnie uzmysłowiło mi co to jest pustynia. Droga była tylko w połowie twarda, a były także miejsca, w których było widać, że samochody się zakopywały w piasku.

W biurze Arji w Aygar (głównie jest tam laboratorium drogowcow) był prysznic. Po trzech dniach bez dostępu do bierzącej wody od razu z niego skorzystałem. Przy okazji wyprałem swoje brudne rzeczy.

Poźniej Arija pokazała mi swoje biuro, przedstawiła mi swoją coreczkę, a nastepnie poszliśmy kilka metrow dalej do jej służbowego mieszkania.

Kończyła się pakować przed wyjazdem do domu w Darhan na Święta Narodowe Mongolii, ktore jest 11-12 lipca. Zaproponowała mi, abym przenocował w jej mieszkaniu, a rano zostawił klucze w laboratorium.

Namawiała mnie, abym pojechał do granicy pociągiem. Ja jej jednak podziękowałem i powiedziałem, że Mongolia mi się podoba i sprobuję dalej jechać rowerem. Na koniec zaprosiła mnie na kolację do restauracji. Tam też byli jej wspołpracownicy z laboratorium. Każdy z nas otrzymał po połmisku boce i kubku herbaty z solą.

Po kolacji Arja pojechała do Darhan, a ja z Chińczykiem o imieniu Rembo i mongolskim tłumaczem poszliśmy na zakupy. Poźniej jeszcze siedzieliśmy z Rembo w laboratorium ponad godzinę i po angielsku trochę rozmawialiśmy. Napisał mi w notesie podstawowe chińskie zwroty oraz dał swoj nr telefonu w Pekinie. Niestety, bedzie tam dopiero 15.08.2008 r., czyli tuż przed moim planowanym wyjazdem.

dystans dnia – 26,63 km
czas jazdy – 2:31:43 h
średnia prędkość – 10,53 km/h

LEAVE A COMMENT