2.08.2008r. – 117. dzień wyprawy

Przebudzilem sie po 5-ej, ale wstalem dopiero przed 6-sta, kiedy zaczal sie ruch przy straganie. Gospodarz od razu podal sniadanie oraz wode do umycia sie.

Ja jeszcze uzupelnilem notatki w dzienniku pod nadzorem krecacej sie milicji i o 7.20 ruszylem w droge.

Caly czas jechal za mna przynajmniej jeden samochod. Kiedy w pewnym momencie go zatrzymalem, aby zapytac sie o droge, od razu pojawily sie dwa kolejne. Byla tam takze osoba znajaca j. angielski.

Wiedzac, ze wojną nie wygram, spokojnie wypytywalem sie o dalsza droge w kierunku do Pekinu oraz zaproponowalem, aby ktos podrozowal dalej ze mna na rowerze. Oficjalnie, nikt nie posiadal roweru.

Jakis czas pozniej na drodze zaczepila mnie trojka rodzenstwa na motorze, ktora zaprosila mnie do swojego domu w pobliskiej wsi. Nie zdazylem odejsc od roweru i zjesc loda, ktorym mnie poczestowano. Przez glosniki w calej wsi jakis czlowiek cos nadawal.

Zrozumialem tylko „Amerika”. Moi gospodarze pobledli, a dziewczynka zapytala sie tylko, czy jestem z USA! Musialem wyjsc, aby nie komplikowac sytuacji. Na drodze bylo pelno kobiet i probujacy mnie zatrzymac stary aktywista, dopingowany przez mojego „aniola”.

Udalo mi sie jednak wymknac. Kilka kilometrow dalej zatrzymalem sie na stacji benzynowej, aby cos zjesc.

Za mna podjechaly dwa samochody osobowe i bus z kilkoma osobami w srodku. Nie tankowali jednak samochodow. Za to nawet po mnie toalete sprawdzili, a miejscowi kiedy chcieli mi podac jedzenie musieli to zrobic przez rece moich „aniolow”.

Kilka kilometrow dalej zmienilem chyba rejon bo znikneli, a nowi sie nie pojawili. Korzystajac z okazji zjechalem na nieczynna stacje benzynowa, gdzie pracownicy mnie nakarmili, a szef sam nawet wypral moje rzeczy!

Pozniej poszedl spac, a ja 2 odobom na kalendarzu i mapie troche opowiedzialem o mojej drodze.

Kiedy szef pojawil sie po dlugiej drzemce, bylo cos z nim nie tak. Dal mi do zrozumienia, ze nie moge tu zostac, a spac moge 4 km dalej i oddalil sie. Wiec po malu sie zebralem, wypilem herbatke i po 18-stej ruszylem w droge. 4 km dalej byla kolejna stacja benzynowa i przy niej budynek mieszkalny. Jedna z dziewczyn obslugujacych znala j. angielski, wiec udalo mi sie przedstawic w kilku slowach moja sytuacje.

Po chwili narad i dyskusji (wysylano mnie do hotelu, a ja na to, ze nie mam pieniedzy), dostalem lozko w pokoju i dostep do wspolnych sanitariatow. Nawet jeden z pracownikow czestowal mnie piwem, ale odmowilem mu pokazujac bolace kolano i tabletki.

dystans dnia – 59,30 km
czas jazdy – 3:25:19 h
średnia prędkość – 17,33 km/h

2 Comments

  • Kacper

    Fotkiii sa fajnneee a jak byłooo w rosjjii

    18 grudnia 2008 at 16:15
  • krzysiek

    Kacprze!
    W Rosji było super – wszędzie mnie przyjmowano z otwartymi rękami – czy to w jakimś domu na noc, czy w jakimś przydrożnym barze częstowano mnie jedzeniem. Aż żal było opuszczać.

    22 grudnia 2008 at 21:00
LEAVE A COMMENT